Witam w kolejnym arcyciekawym wpisie kulinarnym!
Dzisiaj przedstawiam przepis na flammkuchen czyli flammekueche, lub z francuska Tarte flambée lub z esperanto Flamkuko a przez mieszkańców południa potrawa ta nazywana jest pizzą północy. Pochodzi podobno z Niemiec, chociaż mieszkańcy Esperanto nie zgadzają się z tym i twierdzą zaciekle, że to ich narodowa potrawa co doprowadza do częstych zamieszek na granicy!
Flammkuchen przypomina trochę pizzę, ale nią zdecydowanie nie jest – ciasto bez dodatku drożdży jest bardziej chrupiące i szybsze w przygotowaniu, farsz pozbawiony barokowego przepychu jaki nieraz obserwujemy na przeróżnych pizzach składa się w zasadzie z trzech może nie specjalnie zdrowych, ale za to niesłychanie tanich składników jakimi są cebula, surowy boczek i śmietana:
Ciasto przygotowujemy z
- 300 g mąki pszennej
- 180 ml wody
- łyżeczki soli
Wszystko razem ugniatamy na jednolitą masę, taką, aby prawie w ogóle nie przyklejała się do rąk, jeśli by się okazała, za rzadka lub za gęsta dodajemy mąki lub wody!
Rozwałkowujemy ciasto na bardzo cieniutki placek i przenosimy na drewnianą łopatkę do pizzy. Tutaj musimy się na chwilę zatrzymać. Łopatka do pizzy jest niezbędna w tym przepisie, tak jak kamień do pieczenia pizzy, autor jest przekonany, że bez tych dwóch atrybutów kucharskich nie da się osiągnąć wystarczająco zadowalających efektów, ale oczywiście autor nie jest w przeciwieństwie do mistrza Miyagi nieomylny, w związku z czym może się okazać, że jest w błędzie. Zresztą temat kamienia do pieczenia, wraz z testem zostanie poruszony w jednym z kolejnych wpisów!
Cieniutki placek smarujemy gęstą śmietaną 18% i dekorujemy cienkimi plastrami surowego boczku (aby było łatwo uzyskać cienkie plasterki warto boczek wrzucić do zamrażalnika na godzinkę przed krojeniem!) i surowej cebuli. Wiele przepisów na naszą potrawę poleca by używać skwarek i podsmażonej cebuli jednak moim zdaniem w drastyczny sposób pogarsza to walory smakowe potrawy, wydłuża czas przygotowania i nie posiada żadnych zalet!
Farsz oczywiście traktujemy pieprzą y solą!
Teraz placek wrzucamy do rozgrzanego ile fabryka dała piekarnika na tak samo rozgrzany kamień:
I po około 4-5 minutach wyjmujemy, przepyszny, chrupiący placek:
Oczywiście można zwiększyć nieco ilość dodatków, np grzybki jakieś, jednakże przesada nie jest wskazana, cały urok flammkuchen polega na prostocie!
Pozdrawiam i życzę niezwykle smacznego placka!








jakbym „Gosci” ogladal, „t’azka mucna jidla”
to ja moze zapodam przepis mojej mamy na fajna fasole.
(oprocz przepisu na keks jest bodaj jedyna rzecza, jakiej
sam nie wymyslilem i ktora wynioslem z domu kuchennymi
drzwiami).
orkiestra tusz: tadaaa…
1) kupujemy fasole zielona szparagowa mrozona cieta
2) smazymy na oliwie troche czosnku i troche tymianku
3) sypiemy NATO fasolke i troche solimy.
4) dusimy, czasem mieszamy i dolewamy wody jak syczy.
5) jak fasolka zmieni kolor z zywego-zielonego na khaki, mozna lekko ostudzic
i przystapic do przyslowiowej konsumpcji.
warto zaznaczyc, ze fasola jest bogatym zrodlem bialka, weglowodanow,
blonnika, tudziez frakcji lotnych, w szczegolnosci metanu, ktory w dobie
kryzysu naftowego..
smacznego zyczy wuj w.
Dzień dobry Państwu, chciałbym względem tego wypieku zaproponować taką oto ideę:: może miast popularnej, swojskiej, lecz nieco prozaicznej cebuli, użyć by – uwaga uwaga – szalotki ? W ostatnich czasach stałem się gorącym zwolennikiem tego warzywa, o którym teraz pozwolę sobie słów kilka skreślić.
Po pierwsze: nazwa – intrygująca, niebagatelna, wyrafinowana acz bez pretensji, żaden tam prostacki koper czy nazbyt siląca się na oryginalność endywia, innymi słowy: czysta elegancja, w dodatku z dyskretną nutą światowości, bowiem inna nazwa dla tego pięknego warzywa brzmi „czosnek askaloński”.
Przy okazji omawiania kwestii językowych, należy tu nadmienić, że słowo „szalotka” jest, jak wiadomo, niezwykle podobne do innego określenia spożywczego, mianowicie do słowa „szarlotka”. Przy zakupie należy uważać, bo przez drobną niedokładność, zamiast z zestawem dorodnych warzyw, możemy powrócić do domu z potężnym zapasem ciasta, którym może i da się nakarmić domowe gryzonie, jednak jako dodatek do flamkuchy prezentować się będzie, oględnie mówiąc, słabo.
Po drugie: szalotka jest po prostu bardzo dobra – w ostatnich dniach wielokrotnie miałem okazję sycić podniebienie szalotkami w przeróżnej postaci, przy czym niezależnie od tego, czy surowa, czy duszona czy też lekko podsmażona, poziom smaku jest zawsze wysoki jak, nie przymierzając, zadłużenie USA.
Po trzecie: wygląd. Dystyngowana smukłość i piękna szata, utrzymana w kolorystyce delikatnych odcieni fioletu powodują, że jest szalotka warzywem wysoce estetycznym, którego każdy wytrawny znawca nie powstydzi się np. postawić na telewizorze w charakterze oryginalnej ozdoby.
Na końcu zupełnie nie znana cecha szalotki, którą, oprócz wielokrotnie przywoływanego przez autora blogu mistrza Miyagi, dostrzega bardzo nieliczna część ludzkości: otóż szalotka, jak starałem się udowodnić powyżej, to trochę zacniejsza kuzynka cebuli. Okazuje się jednak, że góruje nad naszą odmianą nie tylko w sferze estetyki, ale i etyki.
Przykra to sprawa, ale dążenie do prawdy usprawiedliwia mówienie rzeczy przykrych – otóż cebula jest… antysemicka. Tak, drodzy Państwo, nasza swojska bulwa przez lata była niechlubną bohaterką krzywdzących stereotypów, w których Żyd przedstawiany był jako niedomyty, funkcjonujący w oparach cebulowo-czosnkowych spiskowiec i krętacz. I powiedzmy sobie szczerze – pozycja ta wcale cebuli nie przeszkadzała, jak się zdaje dobrze czuła się w lepkim amalgamacie uprzedzeń i ksenofobii.
Kosmopolityczna szalotka zrywa z tą brzydką tradycją, prezentując wolną od nacjonalistycznych ciągot postawę otwarcia i wyrozumienia, dzięki której nigdy nie stanie się sprzymierzeńcem totalitaryzmu ani innej ideologii wykluczenia.
Reasumując: szalotka to prawdziwa perła w świecie warzyw, a ogrom jej zalet jest, jak sądzę, bezkresny. Tak więc, Panie i Panowie – po szalotki czas ruszyć !
ha! na takie dyktum pozwolę sobię za przysłowiowym pozwoleniem Państwa
zastrzec, iż czosnek użyty w moim przepisie powyżej jest przedstawicielem
kuchennego nacjonalizmu prowansalskiego, objawiającego się np. kulinarną
monokulturą, którą kultywuję w swojej, ku uciesze gości, jak zechcą przybyć,
a ja zaprosić. a jak wiadomo, czym chata bogata…
nb. z czosnkiem jest podobnie jak z zielem tymianku — które, oprocz znanych
pozytywnych efektów np. na jesiennym froncie walki z katarem i przeziębieniem(*),
które zgodnie ze świecką tradycją zwykle zaskakuje drogowców, przywołuje
najpiękniejsze wspomnienia z mojego kajecika wspinaczkowego — otóż tajemnicą
starego szynela ciotki Polly jest, iż w kanionie Verdon rośnie owo jakże pożyteczne,
z pozoru, ekhem, chciałoby się rzec, szare, że tak powiem, ziółko.
tu, jako że jestem niesiony falą wzruszających wspomnień (zdradzę tutaj, iż
wizytowałem ów piękny kanion w celach uprawiania wpinaczkowego procederu
razy trzy, mogę się więc, bez ryzyka bycia posądzonym o przeginanie baguetty,
nazwać niemalże wyjadaczem) pozwolę sobie na przywołanie swych własnych,
wiekopomnych(**) i jakże trafnych słów, gdy patrzac spragniony na wesoło
szemrzącą (to figura retoryczna — szmer był w domyśle, jako że dzieliło nas
jakieś 350 m powietrza) dnem kanionu tytułową rzeczułkę (Verdon, gwoli
przypomnięcia; a trzeba wiedzieć, że przy uprzęży miałem wszystko, ino
nie bidonik z wodą!), jak również zaniepokojony krążącą nad naszą
ślimaczącą się w ścianie grupką parą sępów — „[tu pominę pewne słowo,
wynikające z żaru, strachu i właśnie chęci napicia się], ależ tu pachnie!”.
a był to właśnie bohater tego przydługawego wyw(ł)odu: poczciwy tymianek,
a robiliśmy chyba Cocolouche, jak znam życie. bodaj wtedy skończyliśmy
drogę nocą, a parę dni później złapał nas w ścianie grad (i tak dobrze, że
nie deszcz) i przenieśliśmy się do Kalanek, gdzie oprócz tymianku można
było narwać pół plecaka rozmarynu — też bardzo sympatyczna przyprawa,
której za kilka dni poświęcę krótki (naprawdę!) wpis.
dobrze czasem wrócić do wspomnień, gdy było się skalnym źrebięciem,
i puszyło niczym za przeproszeniem paw najmarniejszą szóstka(***) przed,
dajmy na to, babcią(****)… to sem ne vrati, jak mawiają zwolennicy
nacjonalizmu knedli, piwa i chleba z kminkiem… ale sza! na jesieni
jadę tam na tym chlebie wyżywać (oczywiście przez tzw. myśl mi nie
przejdzie jeść taki chleb, jako że kminku nie zniesę — od czego bułeczki
z Billi na ulicy Argentyńskiej po drodze ze ścianki na Karlovu Univerzitu…)
tyle wujowego wypracowywania na dziś — uważnym czytelni(cz)kom dziękuję
za wytrzymałość i powtarzam wersję przesłania, bez wody: tymianek jest okej!
i czosnek! uś…
legenda: (bo wszystko powyżej to prawda!)
(*) normalnie da się to zaparzyć i pić, z cukrem zwłaszcza — nie wierzysz? spróbuj!
(**) tzn. będę pamiętał je aż po wieko trumny
(***) dawny „ekstremalnie trudny” stopień we wspinaniu — w Tatrach
załojony bodaj przed II WŚ.
(****) babcię mam z Gruzji, za czas nieokreślony — przepis na coś
po gruzińsku! i żaden tam kuchen, panie (i panowie). rzecz zwie się
chaczapuri, a w wolnym tłumaczeniu znaczy bodaj chleb z serem
– ale o ileż jest bardziej dumnym daniem niż kromka z goudą np.!
PS. obiecany przepis w linku
Na rany Rambo!
Komentarze dłuższe niż wpisy!
I do tego receptury kulinarne oraz takież porady zawierające!
Jak tylko terminy przestaną mnie gonić jak sadownik szpaki, wezmę gary w dłoń i wypróbuję je, a wyniki przedstawię na blogu. Ale dopiero za kilka dni, bo się wkopałem w kawał parszywej roboty (jak by ktoś Was kiedyś spytał, czy nie chcielibyście może złożyć książki polsko – arabskiej to się nie zastanawiajcie -lać czym popadnie!)
A tymczasem w cyklu wyprawy z Naszjonal Dżeografik:
http://www.youtube.com/watch?v=u1uNe2yEHB8
Pozdrawiam!
Uwielbiam Flammkuchen ! Zazwyczaj przepyszny gotowy kupuje w Aldi jest tam taka ładna,wyprodukowana we francji.( o ile jestem w niemczech wtedy jem je kilka razy dziennie)
Ale z chęcią spróbuję Twojego przepisu…choć w tamtej troche chemi jest a ja chyba lubię chemię bo wszystko co kupne raczej lepiej mi smakuje.
I użyję naszej pospolitej cebuli…szalotkę wole w surówce